Dzikość w głębi serca zamknięta na skobel I na dnie otchłani duszy w mroku spoczywa Zapalić świecę w ciszy czterech ścian pokoju To jakby obudzić cień wilka na murze
Mogłem być niepokornym w ciemnych kniejach I kłów biel pokazywać na powitanie Zapierać się łapami o ziemię opornie Dopóki Twój zapach nozdrzami nie zawładnął
Nie ma takiej siły, gdy zmysły owładnięte Na nic warknięcie skomlenie czy nora W czerwonej szacie zachodu słońca Ze wzgórza donośne rozlega się wycie
Podążać za śladem Twych stóp z pyskiem zwieszonym Boże! Jak to w środku wnętrzności rozrywa! Za tobą w ogień, czas wszelki, przestrzeń Choćby do zatracenia…pod nóg Twych płomieniem
Lśniący od wielu łez bruk chodnika W oknach wieczne płomienie śmietników Na ulicy wyścigi pojazdów, za szybami Jadący na stracenie troglodyci w skórach
Życie odmierzane zapałką od papierosa Strzałem końca gry jak w rosyjskiej ruletce Karty rozdane w barze, pod zastaw losu Wódka by zapomnieć. Szkło dla końca istnienia
Bieg po brak życia w domowym zaciszu Dystanse pokonywane w olimpijskim czasie Kradzież radia, ciemny chleb na stole Smak pierwszej szynki. Cudze smakuje lepiej
Pierwszy trzask zamykanej kraty wolności Potem to drugi dom, czasem tylko jedyny To, co mogło być ważne, straciło sens Mały rewanż za cichy płacz w kącie
Wycena życia, wartości w oka mgnieniu Za ile można kogoś pozbawić przyszłości? By zmienić swoją egzystencję na lepsze W drodze prawa ewolucji, “uczciwego” życia
Autorytet, kreowanie postawy. Bez wzroku By pamiętać, nie przeoczyć czasu tu i teraz Gdy ten czas minie, takie sobie życie Odnajdzie, zabierając wolność. Wszystko
Nie możesz zasnąć w złocistej pościel Gdy tworzę na ciemnym drewnie stołu Oświetlona płomieniami serca i świec Toczysz się jak kamień Z brzegu na brzeg łoża
Organista w pasji zamkniętej w duszy i oczach Podnosi oczy ku mozaikom w szybach świątyni Śpij kochanie. Noc zakochanych szaleńców trwa Zapukam do drzwi Twej duszy
Z gotowym dziełem
Jedyna, najważniejsza na świecie Inspiracjo! Zatracać się w Tobie, to spijać świadomie truciznę Oczekując na śmierć, kiedyś tam Lecz z uśmiechem na ustach
Skupiona Twoja twarz nad przygodami snu Nie widzi odrzucanych kart, płonących pomysłów Spadających książek z biblioteki Zaklęta moc głębi spokoju. Bo tego potrzebujesz
Walczysz z koszmarami. Odganiam je słowem Wtuleni w oparach mgły Na pograniczu ciebie i mnie Zaśnij. Okryję Cię ciepłem oddechu
Zgaszone świece, dym z wiatrem uniósł myśli Piszę wiersz pocałunkami na Twej skórze Śpij kochanie Przynajmniej Ty, skoro ja nie mogę
Kim byłem, gdy wstałaś w świetle poranka? Snem odchodzącym, gdy przetrzesz oczy? Ukochanym skaczącym z balkonu na konia? Lokajem z wodą, ręcznikiem, sukniami?
Kim jestem, gdy zasiadasz w jadalni? Kucharzem, stolnikiem, może podczaszym? Służącym za krzesłem na jedno skinienie? Podającym potrawy smacznego śniadania?
Kim będę, gdy powozem ruszysz w miasto? Stangretem nieutrzymującym fantazji na wodzy? Lokajem w liberii otwierającym drzwi powozu? Oficerem gwardii by zatrąbić, gdy wysiadasz?
Kim byłem podczas spaceru po ulicach miasta? Uśmiechniętym żebrakiem pod kapeluszem? Kupcem, za darmo oddającym Ci swój towar? Ulicznym bardem z balladą na ustach?
Kim jestem, gdy w karczmie zjadasz obiad? Karczmarzem ścinającym mięso z rożna? Stajennym dającym owsa bachmatom? Opojem spijającym słodycz z Twych oczu?
Kim będę, gdy na koncercie zasiądziesz? Dyrygentem, z nutami i rytmem Twego serca? Kompozytorem z weną i nieprzespaną nocą? Muzykiem, dźwiękiem, fotelem, drzewem?
Siedzę przed telewizorem W Teatrze Telewizji “Antygona” Niemcewicza Lub relacja z obrad Sejmu IV Rzeczypospolitej Więcej sztuk podobnych już nie ma…
Spotkania z zamyślonym wzrokiem nad szachownicą racji Kto ma lepsze figury, a kto lepszą pozycję na polu? Kto pierwszy zacznie grać na czas i zwłokę? A kogo będzie stać na wywrócenie stołu do góry nogami?
Ciemny pokój oświetlony światłem ekranu Gdzie toczą się ważne Polaków rozmowy Liczy się opcja programowa I zgodność w drodze słusznej koncepcji
Porozmawiajmy Naszym celem jest dobro Państwa Ale tu na karteczce koledzy mi dopisali To miałem powiedzieć..przed wyborami
Głosy za, głosy przeciw My, oni, my nie oni A my przed telewizorem? Przepraszamy Państwa, za chwilę dalszy ciąg programu
W ramach improwizacji Teatr Wielkiej Dezorientacji! Niedługo Karnawał, więc może od razu W balowych salach posuwistym krokiem Niech Panowie w żupanach pokażą krok pierwszy
Gdy unosisz do góry ciężkie kurtyny powiek ku życiu Karmię Cię jak piękną Wilczycę śniadaniem Poduszki skrzydłami unoszą się pod sufit By raptem zastygnąć na kandelabrach
Gdy tworzę, atakujesz znienacka płomieniem ust Zabierasz łup i znikasz w cieniu gorących spojrzeń Każde z nas nosi w sobie inną duszę i serce Zastaw w lombardzie wielkich uczuć
Gdy leżysz i czekamy wspólnie na nowe życie W świetle świec, położnych, w rytmie oddechów Mamy swą krew i łzy I łączy nas coś więcej niż wczoraj
Biegnę po śniegu nocą ku miastu Zostawiwszy Cię czytającą Księgę Miłych Snów Innym razem piszę płonącym rumem Twoje Imię Na śniegu, na chwałę tego co już się stało
Nie posyłaj mnie do psychiatry I tak wiem, że jestem nieuleczalnie chory Leżę obok ciebie przez kilka lat życia Do zasunięcia ciężkich kutryn powiek ku śmierci
Siedzę na fotelu w ciemnym mroku ścian i w towarzystwie myśli Tak jak bym stał na wietrze pośród rozstaju dróg Kolejne zapisane księgi wspomnień chowam do Archiwum Życia Może na starość je wypożyczę?
Nie wiem
Burza mózgów w głowie jak na kupców Hanzy zebraniu Wyzwania, potrzeby, możliwości, realizacja Tylko tutaj należy do mnie Spółki bez ograniczonej odpowiedzialności
Z udzielonym kredytem na życie
Czerwone wino burzy spokój rzeki Nie wiem czy jeszcze stoję czy już siedzę Zapałkę od podpalonego papierosa Odkładam na stos przeszłości
Wychodząc zamykam drzwi
Płonie przeszłość, płonie pamięć, pali się tęsknota Niespełnionych marzeń, dni i snów Walą się regały, księgozbiory zapisane dawno temu Nie spoglądam na popiół
To już przeszłość
Ze wschodem słońca buduję jutro Od nowa zapiszę karty zdarzeń Nowe myśli budzą się jak wilki nocą Zdobycz pali serce i duszę
Wywrócić wszystko, destrukcja teraźniejszości Mam prawo planować program życia Zagrajmy sztukę jak na próbie od początku Póki jeszcze Bóg nie zamknął oczu reżyserowi
Tylko jedno życie, wiele ról, wiele zdarzeń Dźwięk organów gra preludium dla nowego aktu Zmieniam się pod wpływem otoczenia Walka z emocjami toczy się na Polu Duszy
Z pamięci nie wydrę kartek jak z Diariusza Zalewam go kolorem krwi czerwonego wina Co jednak boli, podpalam na wieki Proszę tylko o czyste kartki dla nowego życia!
Uśmiechnięte twarze, wzniesione kieliszki Toast za przyszłość i wieczne zdrowie W oczach radość, w oczach łzy Rozbija się szkło po podłodze
Dziecko płacze przy murze, bo tatuś na mecie Matka pobita czeka na komendzie Szary mur oświetlony podpalony śmieciami Zapijamy problemy, zabijamy strach?
Kobieta wylatuje przez okno, bo mąż dostał szału W domu ściany puste, wszystko poszło na alkohol Modlitwa do Boga o nadzieję na jutro Na przyszłość, chociaż na jedną noc
Chodnikiem mogą płynąć kałuże krwi Pić i zabijać, nikt się wtrąca, sprawy rodzinne Pamięć silniejsza od bólu Nie wymażesz jej żadnym prezentem
Zeznajesz przeciwko własnemu ojcu Zeznajesz przeciwko własnej matce A kto będzie zeznawał przeciwko tobie? Jak będziesz miał sprawę?
Mogą odebrać prawa twoim rodzicom Albo tobie, gdy je przekroczysz Rodzice mogą odebrać ci chęć do życia Ty Żyj, bo nie ty je dałeś!
Możesz być, kim chcesz Pijakiem, gangsterem, kimkolwiek Pamiętaj jednak o tym, co miałeś Płacz, ale nigdy nie daj tego swemu dziecku!
Siedzę na drewnianych schodach Starego Młyna Każdy ma siedlisko zatrzymanego czasu i wspomnień Czarne ręce drzew wznoszą się do góry Jeśli noszą na sobie ślady krwi
To siłą natury, nie własnego sumienia
W dole lustro strumienia toczy się kołem żywiołu Można przejrzeć w nim całe swoje życie Obraz zamazuje się pod rękawicą wiatru …bądź pod chemią uczuć … lub zanieczyszczeń z fabryki
Serce tłucze się jak wściekły pies po korytarzach duszy Rozbijam rytmem nóg podpalony rum na śniegu Kształtowanie własnego alter ego Boże, jakbym stał wciąż nad zadaniem przy tablicy!
Nie żądam od świata by mnie zrozumiał Bo sam nie wiem i nie znam wszystkiego Wilk wie, że musi żyć i przetrwać Ja też, dopóki ktoś nam nie wejdzie w drogę
W kościele organista zagrzewa ręce, by zagrać Opus Po murach przenika w blasku świec cień uśmiechu Boga Każdy w coś wierzy i ma nadzieję A co mają zrobić Ci, którzy zgubili je po drodze?!
Wstaję, by podążyć ku dalszym progom życia Wilk dopada ofiarę w ostatnim spotkaniu oczu Dopala się płomień rumu na zakrwawionej bieli śniegu Gaśnie jak życie, na poczet innego
Młyn burzy pianą spokój strumienia W którym nie wiadomo ile łez, ile wody Serce zasypia w korytarzu duszy Jak kruki na łonie ciepłych rąk drzew
Wszystko śpi w mroku, by obudzić się z chwilą Gdy znów przyjdzie dzień, czas, chwila życia Jedno życie, jedna droga Ku chwale, ku potępieniu. Ku wielkiej niewiadomej