Granica

Pierwszy raz. Nic strasznego. Parę głębszych
Szum w głowie. Jest dobrze, a nawet świetnie
Wypita ciecz w Twoim ciele. Nie ma smakować
Ma poniewierać na życzenie. Życzenie rozkazem

Jest moc. Jest wrażenie. Trudno zrezygnować
Czy ja decyduję? Ty za mnie? Chcę więcej?
Nie mam kontroli nad umysłem, ciałem?
Mnie to nie dotyczy. To tamtych. Z marginesu

Stoję na półce. Sięgasz w miarę potrzeby
Pij do dna. Odeśpisz. Mnie też miło wewnątrz
Lekki umysł, słów swoboda. Świat wiruje wokół
Sufit staje się podłogą. Ściany jedną masą bieli

Ból głowy o poranku. Rezygnujesz z pracy
Brak siły, ruchy rąk. Złość. Leczysz „to” piwem
Pustak kieszeń, wyrwany portfel. Sprzedajesz
Wszystko. Puste ściany. Dalej. Za każdą cenę

Akceptujesz niewolę. Nie wyjdę bez końca
Pijesz. Dla końca. Nie ma końca. Bez dna
Nie pokarm, a ostatnia woda toaletowa
Śmierdzisz z ręką po prośbie. W kradzieży

Samotność w pustym domu. Na moim sznurze
Pan ktoś, potem nikt. Niczym Golum Tolkiena
Wszystko jest dla ludzi, lecz każdy z nas inny
I każdy z nas ma odrębną granicę

Metamorfoza

Zapisałem się. Wierzyłem w moc sprawy
Kierunek działań zgodnie z przekonaniem
O słuszności zdarzeń. Zgodnie ze statutem
W uczciwości i prawdzie. Jestem człowiekiem

Nowy teren. Walka z nieprawością. Walczę
Widzę, ile mamy jeszcze do zrobienia. Marsz
Ku porządkowi, eliminacji złych jednostek
Na rzecz nowego, które nam się lepszym wydaje

Przede mną majątek tego państwa. Ludzi
Winieniem spakować w uczciwym zaborze
Jestem człowiekiem. Starczy dla wszystkich
Pakuję skrzynię dóbr. Wysyłam do domu

Korzystam z przywilejów danej mi władzy
Zabieram cudzą własność z korzyścią własną
Ideologię z legitymacji schowałem w szafie
Ważna jest egzystencja. Moja przyszła polisa

Może mnie kiedyś wykluczą. Odejdę w cień
Gdy ktoś inny będzie chciał kraść. I złapie
Mnie za rękę. W drodze uczciwości doniesie
Iż nie kradnę „dla nas” a tylko dla siebie

Jestem człowiekiem

I nic co ludzkie nie jest mi obce

Dyskrecja

Na mównicach świata płomienne słowa
Kogo nie lubicie, jacy porządni jesteście
Gdy wieczór, maski morałów w ironii szafie
Jesteście w klubie, tych których nie lubicie

Daleko od państwach, naszych przemówień
„Co ludzie powiedzą?” Tu tolerancja dla nas
Stałe miejsc na sali, ufność, pełna dyskrecja
Jesteście wśród „swoich”. „Przecież nie powiesz?”

Pewnie że powiem. Wasz sekret. Wasz problem
Nawet tutaj każdy zna was, jako tych z gazet
Skrzydła świętych rycerzy odpadły? Informacja
Najważniejszym towarem jest informacja

Izolacja

Cztery ściany domu, biura. Adaptacja
Wirtualny świat papierów, konferencji
Bez granic między prywatą a pracą
Jeden kubek kawy. Bliżej do domu

16.00

Drugi pokój i już jesteś w domu

Pustka ulic, zamkniętych lokali
W pociągu nie przedział. Wagon pusty
Póki bilet w obie strony. Żyję
Z radością widząc innych na ulicy

Jak cenne stają się messenger, telefon
By choć przez chwilę zamienić słowa
Nie widzimy się od roku. Tęsknota
Za życiem. Normalnością

Antidotum w drodze. Może kiedyś
Przyjdzie czas, tego czego nam brakuje
Siebie, śmiechu w restauracjach nad winem
Chcę wyjść z Matrixa. Za kurtyny izolacji

Piękno życia

Unoszę Cię, gdy śpisz na kłodzie drewna
Motylu po zimowym śnie, otwierając oczy ku wiośnie
Kłody drewna wokół, żyjesz, śpisz. Kolejny czas
Drewno spada wokół. Ty wciąż żyjesz. Bóg tak chce

Wokół wiatr. Poruszasz skrzydłami by obudzić moc
Przenoszę Cię w bezpieczne miejsce, bez chłodu,deszczu
Byś żył jak ja. Obudzony z mroku zimy. Dla wielkiej radości
Ćwiczysz ruchy skrzydeł. Jesteś coraz bardziej pewny życia

Gdy modlę się w pokoju obok, ty unosisz skrzydła w górę
Widzę przez szybę jak odlatujesz ku swojemu światu
Natura daje nam obraz korzystania, możliwości spojrzenia
W rzeczach najmniejszych Bóg jest największy

Zamek

Niedziela. Poranek budzą dzwony
Mieszkańcy Czerska podążają drogą
Ku świątyni Bożej. Przyjaciela dusz
Słońce uśmiechem gładzi twarze

Wchodzę niskim murem. Ruiny zamku
Pamięć świetności Księstwa Mazowieckiego
Dotykam chłodu murów, kart historii dziejów
Szum wiatru w słowach dawnych kronik rodu

Kręte schody wież. Widoki,. Klimat pasji
Względem poezji, fotografii. Jest radość w sercu
Bolesław IV Warszawski wyruszył stąd by nadać
Ziemie moim przodkom na Mazowszu Wschodnim

Powrót myśli do czasów gdy tętniło tu życie
Bóg, etyka rycerska, honor wobec kobiet
Trzask pochodni, śmiechu gwar, dobro księstwa
Na granicy dwóch światów pośród cennych wartości

Wychodzę główną bramą. Mijam kasę biletową
Ludzi wychodzących z kościoła, przy organach
Łączy nas miłość do Boga, do tej ziemi i historii
Do wartości ponad czasem. Jak muzyka dzwonów

Olszewo-Przyborowo

Za ogrodzeniem z palisad drewnianych, na sztorc postawionych
Czterech konnych, po dwóch przy bramach czuwa z pochodniami
Niewiasty, rycerze i dzieci śpią snem spokojnym pod skórami
Oby Bóg zachował nas i naszą ziemię w opiece

Mrok zasłony sny, przewrócony odruchem na drugi bok
Niemoc słowa, ciała, projektor wzroku z kolejną taśmą
Film, którego nikt nie zna początku i zakończenia
Może był, może jest rzeczywistością? Prawdą? Historią?

W oddali szachownica pół oświetlona blaskiem księżyca
Za ciemną ścianą lasu świat żyje swoim niepisanym prawem
Z mocnymi zębami, wzrokiem, słuchem i szybkością
Laur przetrwania do czasu kolejnego zwarcia

W głowach managerów spokój przed walką o udział w rynku
Nawierzchnię wykładziny czesze maszyna piorąca
Ochroniarz podrzuca kartę magnetyczną do góry
Magiczne liczby. Fakty przemówią jutro na zebraniach

Miejsca istnieją, zmieniają się z czasem z biegiem lat
Poza błękitem nieba, drewnem chat, mokradłami, lasem
Jestem tu. Wyrwany z objęć skórzanych foteli i luster ścian
Śpijcie wiecznie w pokoju. Wielcy Architekci Rodu

Droga wilka

Dzikość w głębi serca zamknięta na skobel
I na dnie otchłani duszy w mroku spoczywa
Zapalić świecę w ciszy czterech ścian pokoju
To jakby obudzić cień wilka na murze

Mogłem być niepokornym w ciemnych kniejach
W kłów biel pokazywać na powitanie
Zapierać się łapami o ziemię opornie
Dopóki Twój zapach nozdrzami nie zawładnął

Nie ma takiej siły, gdy zmysły owładnięte
Na nic warknięcie, skomlenie czy nora
W czerwonej szacie zachodu słońca
Ze wzgórza donośne rozlega się wycie

Podążać za śladem Twych stóp z pyskiem zwieszonym
Boże! Jak to w środku wnętrzności rozrywa
Za Tobą w ogień, czas wszelki, przestrzeń
Choćby do zatracenia. Pod nóg Twych płomieniem

Eremita

Pod błękitem nieba szybują z radością ptaki
Tłumy pielgrzymów podążają w stronę słońca
W cieniu drzew odpoczywa. Kto taki?
Ten który nie przeczytał Księgi Życia do końca

Twarz z pozoru surowa pozostaje w skupieniu
Na grzbiecie płaszcz z niebieskim podbiciem
Rozwija wartości duchowe w ciągłym dążeniu
Do poznawania wiedzy która duszy odbiciem

Lustro źródlanej wody ofiaruje spragnionym
Tak jak księgi, odświeżenie każdej części ciała
Ten kto życia i mądrości wiecznie spragniony
Podnosi się, gdy ogień niebios czerwienią się spala

Stateczny krok drogą krętą, zagadkami życia
W ręku laska, by uniknąć przykrych potknięć
Fałd płaszcz do zapalonej latarni okrycia
Światło oświetla ziemię, doświadczenia dotknięć

Dysponując wiedzą, którą z czasem nabywamy
W stosunku do niewiedzy, ileż warte poznania
Tyle będziemy wiedzieć, ile zapamiętamy
Na drodze rozwoju. Do umiejętności zdobywania

Gdzieś w przestrzeni ogień, zapachy wieczerzy
Spostrzegają Eremitę, zapraszają w kręgi ciepła
Posłuchają opowieści. Kto zechce, niech uwierzy
W radość doświadczeń, lub od których skóra cierpła

Gdy natury prawa miłosiernym zamkną oczy
On rozpocznie medytację, codzienną karmę duszy
Rankiem jego nieobecność nieco ich zaskoczy
Eremita w dalszą drogę dawno już wyruszył

Za wiedzą, nową z dróg. Jest ich przecież wiele
Zostawił w podzięce księgę „O miłości dla bliźniego”
Dobro powraca. Czasem gest, czasem tak niewiele
Każdy Eremitą lub proszącym do ogniska swego

Miejsce

Siedzę na drewnianych schodach starego młyna
Każdy ma siedlisko zatrzymanego czasu i wspomnień
Czarne ręce drzew wznoszą się do góry
Jeśli noszą w sobie ślady krwi

To siłą natury, nie własnego sumienia

W dole lustro strumienia toczy się kołem żywiołu
Można w nim przejrzeć całe swoje życie
Obraz zamazuje się pod ręką wiatru
Bądź pod chemią uczuć lub zanieczyszczeń z fabryki

Serce tłucze się jak wściekły pies po korytarzach duszy
Rozbijam rytmem nóg podpalony rum na śniegu
Kształtowanie własnego alter ego
Boże, jak bym wciąż stał nad zadaniem przy tablicy!

Nie żądam od świata by mnie zrozumiał
Bo sam nie wiem i nie znam wszystkiego
Wilk wie, że musi żyć i przetrwać
Ja też. Dopóki ktoś nam nie wejdzie w drogę

W kościele organista zagrzewa ręce, by zagrać Opus
Po murach w blasku świec przenika cień uśmiechu Boga
Każdy w coś wierzy i ma nadzieję
A co mają zrobić Ci, którzy zgubili je po drodze

Wstaję, by podążyć ku dalszym drogom życia
Wilk dopada ofiarę w ostatnim spotkaniu oczu
Dopala się płomień rumu na zakrwawionej bieli śniegu
Gaśnie jak życie, na poczet innego

Młyn burzy pianą spokój strumienia
W którym nie wiadomo ile łez, ile wody
Serce zasypia w korytarzu duszy
Jak kruki na łonie ciepłych rąk drzew

Wszystko śpi w mroku, by obudzić się z chwilą
Gdy znów przyjdzie dzień, czas, chwila życia
Jedno życie, jedna droga
Ku chwale, potępieniu, wielkiej niewiadomej