Czołgi w "marszu" żałobnym 13 grudnia 1981 r. (2016)

Poranek. Budzi mnie nietypowy odgłos. Jest 13 grudnia 1981 r. Warszawa. Mam 5 lat i nie rozumiem o co chodzi. Ryk dobeigający z balkonu. Wszyscy w domu śpią biegnę na balkon, a tam .... czołgi w ciągu Alei Gen. Świerczewskiego. Mnóstwo czołgów. Jadą sznurem. Mama wstała nie mówiąc mi jednak o powodzie zaistniałej sytuacji. Nieco później przemówienie pana w okularach i mundurze. Bardzo poważne. Nie wiem o czym mówił, ale już zdałem sobie sprawę jako dziecko, że coś jest nie tak. W mediach ciągły, ponury marsz pogrzebowy. W domu milczenie. Nikt mi nic nie mówi. Nie mogę iść do przedszkola, co budzi moje zdziwienie. Jadę z mamą do pracy. Przy trasie W-Z widzę panów w mundurach z karabinami. Milicja, wojsko. Dla 5-letniego dziecka to powód do obawy. Czułem, że coś się stało. Gdzieś przebijało się wyrażenie "stan wojenny". Wytłumacz to kilkuletniemu dziecku, które nie może iść do przedszkola.
 
Wieczorem śmigłowce nad naszym balkonem, petardy, albo co innego. Zamieszanie. Nie mogę wyjść na balkon. Mogę tylko patrzeć przez okno. Przez dłuższy czas przyjdzie mi widzieć na ulicach czołgi, żołnierzy, milicję ... Wiem, że się bałem. Ja ... 5 - letnie dziecko.